Nauczyciel języka polskiego, Waldemar Manowski, wyniósł przypuszczalnie zauroczenie teatrem z atmosfery rodzinnego domu. W latach dwudziestych i trzydziestych jego bliska krewna, Wanda Manowska, występując w operetce i rewiach w Warszawie, wymieniana była w pochlebnych recenzjach w jednej linii ze sławną Kawecką. Sprawy te nie mogły być obojętne wrażliwemu dziecku. Waldemar próbował więc swoich sił w podwórkowych i szkolnych teatrzykach, później rozwijał budzące się zamiłowanie pod kierunkiem znanej we Włocławku Michaliny Kotowskiej. Ukończywszy Państwowe Liceum Pedagogiczne podjął pracę w tutejszej szkole podstawowej, równocześnie studiując polonistykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Kształcił wśród swoich uczniów miłość języka, kultury i literatury ojczystej. Jego wychowankowie, mimo że często osiedlają się poza Włocławkiem i niejednokrotnie piastują odpowiedzialne stanowiska przejęli od wykładowcy jego pasję, ów bakcyl – miłość do teatru.
W 1954 r., z chwilą zetknięcia się z animatorem ruchu teatralnego we Włocławku, Włodzimierzem Gniazdowskim, scena stała się naczelnym motorem życia nauczyciela, Waldemara Manowskiego. Swoją teatralną pielgrzymkę podjął w Zespole Ludzi Upartych, przechodząc od pracy suflera, inspicjenta, pomocnika scenografa, wreszcie do roli aktora. Oddawał w służbę Melpomeny swój czas, każdą wolną chwilę. Jak większość ludzi zauroczonych sztuką Waldemar Manowski jest wrażliwy, pełen żywych emocji, czasem trochę ambicjonalny. Radością staje mu się żywa reakcja widowni, smutkiem jej obojętność. Wbrew modnym prądom, wbrew karkołomnym nieraz eksperymentom scenicznym, Manowski kocha teatr klasyczny i jego tradycjonalną wymowę. Pisany przez wielkie „T” stał się dla niego rodzajem świętości postawionej na piedestale. Stąd niejednokrotnie rodziło się cierpienie niezrozumienia wobec czasami zbyt drastycznych i autorytatywnych sądów nowoczesnej krytyki. Waldemar Manowski ceni sobie bezinteresowną służbę scenie, wobec jej mowy jest pokorny, obcy pragnieniom osobistej kariery.
Teatr amatorski swego czasu odgrywał znaczącą rolę w niewielkich miejscowościach. W miarę krzepnięcia odbudowującego się państwa schodził powoli na drugi plan. Nauczycielski Zespół „Ludzi Upartych” pozostaje wierny raz przyjętemu kształtowi i jest to chyba jedyne zjawisko w kraju, owa czterdziestoletnia aktywna działalność teatralna w mieście o kiepskiej komunikacji i dość trudnych realnie kontaktach z wielkimi ośrodkami kultury. Przez wszystkie ubiegłe lata widzimy na scenie „Upartych” Waldemara Manowskiego.
Oglądaliśmy go w rolach komediowych, jako „Majstra” we Wspólnym mieszkaniu, „Kapelana” w Damach i huzarach, „Papkina” w Zemście, czy „Fircyka” w Fircyku w zalotach. Sięgał jednakże i po role tragiczne, jak: „Nieznajomy” w Świerszczu za kominem, lub „Chłopiec z deszczu” w Dwóch Teatrach.
W miarę zdobywania doświadczeń aktorskie przeżycie indywidualne przestało mu wystarczać. Czas letnich i zimowych ferii poświęcił na studia instruktorów teatralnych przy Krakowskiej Wyższej Szkole Teatralnej. Do wypełnionych pracą dni doszły uciążliwe podróże i dodatkowa nauka. Uzyskawszy wymagane uprawnienia w 1976 r. Waldemar Manowski podjął niełatwy obowiązek kierownika i reżysera „Zespołu”. Jego entuzjazmu nie zraziły trudności formalne, z jakimi działacz społeczny naturalną koleją losu musi się spotkać.
,,…Jeśli na widowni znajdzie się choć jeden chętny do podjęcia dialogu nawiązanego ze sceny warto być aktorem, warto służyć teatrowi”. Trudno określić satysfakcję, jaką sprawia reżyserowi udana kreacja, scena zbiorowa, wierny epoce kostium lub scenografia. Oglądając wystawione pod kierunkiem i w reżyserii W. Manowskiego sztuki: „Fircyk w zalotach” Zabłockiego, „W czasie burzy” Apuszkina, „Matkę” Capka, „Grzech” Żeromskiego, „Damy i huzary” Fredry, „Matkę” Szaniawskiego, „Moralność pani Dulskiej” Zapolskiej, „Niecodzienne zdarzenie” J. Szaniawskiego, „Wysoką Scianę” J. Zawieyskiego czy „Błękitny zamek” L. M. Montgomery trudno nie zauważyć indywidualnych, ciekawych, choć pozornie drobnych rozwiązań scenicznych. Stanowią one wynik przemyśleń i dojrzałych decyzji już nie tylko aktora lecz reżysera.
Zespół i jego kierownik otrzymali niemało odznaczeń państwowych, resortowych, nagród, dyplomów, listów gratulacyjnych, wiele braw i ciepłych słów od widowni i poszczególnych widzów. Stanowi to dla nich cenną nagrodę i siłę, która pomaga przetrwać okresy znużenia, zniechęcenia, załamań wobec piętrzących się obiektywnych trudności spotykanych w pracy amatorskiego teatru. Pomagają również przyjąć spokojnie uszczypliwe lub wręcz złośliwe uwagi krytyków.
Waldemar Manowski kocha teatr tradycyjny i nie pragnie konkurować z rozwiązaniami awangardy, nie sięga także po laury sztuki profesjonalnej. Teatr jest dla niego miłością, którą dzieli z nami. Wędruje uparcie kamienistą ścieżką, podobnie jak wielcy i sławni poprzednicy — autorytety. Wszak to właśnie Wojciecha Bogusławskiego po wystawieniu „Krakowiaków i Górali” obrzucono na ulicy błotem zaś Stanisława Moniuszkę nazywano „marnym prowincjonalnym organiściną”.
Czas płynie, zmieniają się gusta i sądy, ale TEATR pozostaje żywy, kształtuje się w różnych formach, znajduje różnych odbiorców. Trzeba tylko go kochać, podobnie jak czyni to włocławski nauczyciel języka polskiego, Waldemar Manowski.
Biografia ukazała się w folderze wydanym z okazji 40-lecia Teatru Ludzi Upartych.
Autor tekstu: T. Bojarska





