Teatr Ludzi Upartych     ul. Wojska Polskiego 13, 87-800 Włocławek, tel. 54 231 47 60
szukaj w serwisie:

Po premierze „Mistrza i Małgorzaty”   28 lutego 2011, 10:23
Minął już ponad tydzień od dnia premiery "Mistrza i Małgorzaty", można więc pokusić się o pierwsze refleksje. Dwa tygodnie przed godziną "0" zrobiło się nerwowo, bo dopadło mnie zapalenie oskrzeli i gdyby nie pomoc Krzyśka i Pawła musiałbym chyba przesuwać termin premiery. Ostatni tydzień był jednak wyjątkowo nerwowy. W poniedziałek podkładałem ścieżkę dźwiękową do fragmentów filmowych ukazujących się w przedstawieniu. We wtorek rano ustawiliśmy światła, o 18.00 odbyła się I próba generalna. Była - jak każda pierwsza generalna - koszmarna.

Wszystko waliło się i stawało na głowie. To taka teatralna prawidłowość: na I próbie generalnej pojawiają się wreszcie wszystkie elementy składające się na przedstawienie od strony technicznej: pełna dekoracja, kostiumy, rekwizyty, światła, dźwięk itp. Aktorzy "głupieją". Wchodzą za wcześnie, albo za późno, "markują" rekwizyty, choć te czekają na nich w kulisach i na scenie, potykają się o meble i kable, plączą się w zbyt luźnych, albo duszą w zbyt ciasnych kostiumach. Cyrk! Taki cyrk przeżyliśmy we wtorek. Debiutanci byli przerażeni. Wydawało im się, że cała praca poszła na marne, że nie da się już tego pozbierać.

W środę rano ustawiliśmy na nowo światła. Ta wczorajsza próba pokazała, że wiele świateł "teoretycznych", zapisanych przeze mnie w scenopisie, nie ma sensu. Inaczej te świetlne plamy wyglądają w wyobraźni, inaczej na pustej scenie, a jeszcze inaczej na "żywym planie". Druga generalna poszła, jak z płatka. Trochę się nawet przestraszyłem, że za dobrze. To zawsze może przytępić czujność, koncentrację, skupienie. W czwartek rano jeszcze kilka kolejnych korekt: świateł, dźwięku, kostiumów i o 18.00 ostatnia, trzecia generalna. Nie ma już specjalnego znaczenia, co się na niej wydarzy (chyba, że jakaś katastrofa), po niej trzeba już tylko chwalić, bo nerwy tych na scenie są napięte, jak postronki. Pochwaliłem więc, tym bardziej, że było naprawdę w porządku.

W piątek. 18 lutego przyszedłem do teatru trzy godziny przed przedstawieniem. Porozkładałem w garderobach karteczki dla wszystkich uczestników przedstawienia (staram się napisać im coś, co będzie z jednej strony podziękowaniem za wspólną pracę, z drugiej rozluźni ich trochę przed premierą), potem połaziłem po pustej, ciemnej scenie przywołując wszystkie dobre duchy teatru. Nie trwało to długo, bo garderoby zaczęły się zapełniać na dwie godziny przed przedstawieniem. Kilka minut przed 19.00 zebrałem wszystkich w największej garderobie i dałem każdemu sążnistego "kopa" na szczęście. Premiery nie pamiętam. Wiem tylko, że byli trochę spięci i że ze dwa razy skiksowaliśmy ze światłem. Oklaski po spektaklu były iście premierowe: owacja na stojąco!. Nie podniecałem się zanadto, bo na widowni byli sami bliscy: rodziny, znajomi, przyjaciele TLU i jego "emeryci". Było nam wszystkim miło, to fakt, ale ja czekałem na "prawdziwą" widownię. Jeszcze parę chwil w teatrze, dużo miłych i bardzo miłych słów, w końcu dom i odpoczynek. Ten ostatni nie do końca, bo prawie do północy odbierałem jeszcze telefony i smsy.

W poniedziałek, na pierwszym spektaklu o 9.00, od samego początku poczułem, że moi artyści "zaskoczyli". Mądry luz, swoboda, tempo, dynamika. Szło tak dobrze i dlatego, że ci z drugiej strony rampy, byli z nami i słali na scenę wyjątkowo dobre prądy. Po przedstawieniu kolejne zaskoczenie: wstali! Przyjęli "Mistrza i Małgorzatę" oklaskami na stojąco. Do końca tygodnia graliśmy dwa razy dziennie i każdy z tych spektakli był dla mojej duszy, jak najpiękniejsza muzyka. Młodzi ludzie, uczniowie gimnazjów i szkół średnich przyjmowali ten półtoragodzinny, "ciężki" (jak mawia jedna znajoma pani) spektakl REWELACYJNIE! Ze skupieniem, z "reakcjami" adekwatnymi do wydarzeń na scenie, mądrze! Pełny szacunek dla młodzieży i jej nauczycieli!

W kolejny piątek, tydzień po premierze, spotkaliśmy się całym zespołem, żeby podsumować to, co się zdarzyło. Mogłem im podziękować nie tylko za przedstawienie, mogłem dziękować za jeszcze dwie ogromne wartości. Jeżeli przedstawienie rozwijało się przez te kolejne spektakle, to rozwijało się tylko we właściwą stronę. Nikt nie usiłował go "uatrakcyjniać" na siłę, nie usiłował wprowadzać żadnych elementów, które wymagałyby mojej interwencji. Po drugie- zespół fantastycznie się zintegrował, wszyscy byli razem, nikogo nie odrzucili, nie pozostawili na boku. W grupie ponad 20-stu osób w bardzo różnym wieku (od 15-stu do 70-ciu lat), to rzadka umiejętność.

Oni często mówią do mnie "tato", ja do nich "dzieci", ale po tych wspólnych miesiącach wiem, że nie są to tylko słowa.

dodał:Jan Polak   |   skomentuj: 0

S T A R T
  REPERTUAR
  LUDZIE TEATRU
  HISTORIA
  PRZEDSTAWIENIA
  NAGRODY I WYRÓŻNIENIA

  KONTAKT

JAN POLAK


TEATR IMPRESARYJNY


NA FORUM...


NEWSLETTER
Nowości na Twój mail!
  Teatr Ludzi Upartych © Wszelkie prawa zastrzeżone. 2008-